Rodzice mieli inne plany niż małżeństwo dziecka
Znam kilka przypadków, gdy rodzice pragnęli mieć syna księdza. Dwa nich opiszę. Oto religijni rodzice, mający czterech synów, jednego od dziecka przeznaczyli do kapłaństwa. Modlili się gorliwie o powołanie, ale prawdę mówiąc, sami już zdecydowali. Cała rodzina traktowała chłopca jako przyszłego księdza, on sam zresztą nie protestował. W trakcie wzrastania wydawało się, że jeszcze jeden z braci pójdzie na księdza. Wszystko na to wskazywało. Zresztą całe otoczenie potwierdzało, że ci dwaj bracia bardziej nadają się do stanu duchownego niż do małżeństwa. W odróżnieniu od dwóch pozostałych, którzy byli co prawda religijni, lecz zupełnie inni, i nikt by nawet nie pomyślał, aby ich wysyłać do seminarium duchownego. Nie chcąc rozpisywać się zbyt długo, opiszę finał. Oto rzeczywiście modlitwy rodziców zostały wysłuchane. Aż dwóch braci zostało księżmi. Tyle tylko, że nie ci, którzy przez rodziców byli „wytypowani". Dwaj niedoszli księża stali się ojcami rodzin wielodzietnych. Myślę sobie, że gdyby żaden z braci nie wybrał powołania kapłańskiego, rodzice mieliby ogromne trudności z akceptacją synowych, które ewidentnie pokrzyżowały ich plany. W opisanym przypadku szczęśliwie skończyło się tylko na drobnych, przejściowych tarapatach. Niektórzy mówią, że nie ma nic gorszego, gdy babcia ma powołanie, a wnuczek pójdzie do seminarium.
Drugi przykład z tej „branży" miał inny przebieg. Rodzice jednego z dwóch synów przeznaczyli do kapłaństwa. Chłopak był rzeczywiście gorliwym ministrantem, lektorem, związany ponadprzeciętnie z Kościołem i działalnością w różnych duszpasterstwach. Ku rozpaczy rodziców wybrał studia „cywilne". Ale nic to – rodzice mieli nadzieję, że po skończeniu studiów, które w pracy kapłańskiej mogą się przydać, jednak pójdzie do seminarium. Aż tu nagle „przyplątała się" dziewczyna. Bardzo porządna, również działająca w duszpasterstwie akademickim, inteligentna, skromna, sympatyczna, powszechnie lubiana… Słowem, wymarzona synowa. Tak, ale… stała się przeszkodą w realizacji planów rodziców. Można by napisać osobną książkę na temat cierpień tej Bogu ducha winnej, młodej kobiety. To, co ją spotkało, wręcz nie nadaje się do opisywania. Nikt zresztą, zwłaszcza z osób znających jej przyszłych teściów jako kulturalnych ludzi, nie uwierzyłby, że można posuwać się do tak wyrafinowanych szykan i szantażów. Młodzi jednak są uparci. Mimo kilkakrotnego wycofywania wcześniejszej zgody rodziców i przesuwania już ustalonego terminu ślubu wydaje się, że historia zakończy się po myśli młodych, którzy z wielką determinacją i pokorą jednocześnie dążą do ślubu za zgodą i błogosławieństwem rodziców. Obawiam się jednak, że te przedślubne boje jeszcze długo po zawarciu małżeństwa będą odbijać się nieprzyjemnym echem.
Skoro poruszam sprawę powołania do kapłaństwa, zarysuję jeszcze jeden, jakby przeciwny przykład. Oto jedyny syn bardzo zresztą wierzących i porządnych rodziców zdecydował, że wstąpi do zakonu. Decyzja była nagła, ujawniona bez ostrzeżenia i poraziła jego rodziców. Jedyny syn (mieli oprócz niego córki), szansa na przedłużenie rodu i nazwiska wybiera nie- małżeńską karierę! Chłopak był zdeterminowany. Rodzice zewnętrznie zaakceptowali decyzję, lecz wewnętrznie nigdy się z nią nie pogodzili. Prawdopodobnie właśnie z powodu tej wewnętrznej nieakceptacji przez rodziców powołanie się załamało i chłopak opuścił seminarium, na szczęście przed święceniami. Założył rodzinę, ma dzieci. Ród i nazwisko nie wygasły.
Tak jak pragnienie powołania kapłańskiego dla dzieci jest piękne, szlachetne i godne pochwały, tak bywa, że rodzice pragną określonej karieiy dla dziecka z pobudek zupełnie nie do zaakceptowania. Jedną z nich jest skrajny egoizm. Chcą mieć swoje dziecko na własność, z nikim nie chcą go dzielić. Rodzice żądają, aby dziecko, najczęściej jedyne, spłaciło im dług za wychowanie i nie zakładając własnej rodziny, mieszkało z nimi, opiekowało się nimi na starość. Rzadko zdarza się, że jest to jawnie wypowiedziane żądanie, częściej psychiczna presja, której nawet dorosłe dziecko nie potrafi się niejednokrotnie przeciwstawić. Pomijając to, że żądanie jest zupełnie nieuprawnione, wbrew naturze, krótkowzroczne i w gruncie rzeczy nierozumne, trzeba stwierdzić, że obiektywnie rzecz biorąc, dziecko żyjące w szczęśliwej rodzinie ma większe możliwości opieki nad starzejącymi się czy chorującymi rodzicami. Do pomocy ma przecież kochającego współmałżonka i zwykle dorastające już dzieci. Miałem okazję śledzić kilka „karier" takich osób, które z pełnym poświęceniem i bez szemrania całe swoje życie podporządkowywali opiece nad rodzicami, a po ich śmierci pozostali samotni jak palec, już bez możliwości założenia własnej rodziny. Czy rodzice kiedykolwiek pomyśleli, kto ich dzieckiem zaopiekuje się na starość?
Podsumowując, nieakceptacja powołania swego dziecka do małżeństwa jest tak naprawdę często skutkiem niewłaściwej postawy wychowawczej rodziców wobec swych dzieci. Rodzice, którzy wychowują dziecko dla siebie, dla spełnienia swych ambicji, zawsze będą przeżywać dramat z powodu wyjścia dziecka z domu. Natomiast rodzice, którzy świadomie wychowywali dziecko dla świata, do wyjścia z domu i założenia własnej rodziny, znacznie piękniej przeżywają (zawsze w pewnym sensie trudne) ważne wydarzenie – założenie własnej rodziny przez ich dziecko.
