Trwała choroba lub kalectwo
I znowu trzeba uznać, że niepokój rodziców przed małżeństwem ich zdrowego dziecka z osobą przewlekle chorą lub niepełnosprawną jest zrozumiały. Lecz problem ten może być złożony, bowiem decyzja o małżeństwie może mieć różne podłoże. Gdyby u podstaw decyzji była litość czy ucieczka przed staropanieństwem lub nawet pozytywna chęć odnalezienia się w opiece nad potrzebującym, to trudno takie motywy uznać za wystarczające do małżeństwa. Gdy jednak decyzja jest dojrzała, a u jej podstaw leży głęboka znajomość osób i prawdziwa miłość, należy ją uszanować, a nawet podziwiać. Znam przypadek, gdy krótko przed ślubem narzeczony uległ wypadkowi, wskutek którego miał całkowicie sparaliżowane nogi. Dziewczyna zdecydowanie pozostała przy decyzji małżeństwa, jednak on kategorycznie odmówił. Nie chciał być ciężarem i z miłości do niej zdecydował się usunąć w cień. Do małżeństwa nie doszło. Dla uzupełnienia dodam, że znam kilka dobrze funkcjonujących małżeństw osób całkowicie zdrowych z niepełnosprawnymi fizycznie.
Trochę inną sprawą jest przewlekła choroba, której skutki mogą lub wręcz muszą odbić się na zdrowiu dzieci. Dzieje się tak wówczas, gdy mamy do czynienia z chorobami drastycznymi, np. AIDS, narkomanią czy nawet alkoholizmem. Wydaje się, że odpowiedzialność za los przyszłych dzieci stawia pod znakiem zapytania prawo do zawierania małżeństwa. W takich wypadkach w pełni podzielam rozpacz rodziców nie akceptujących osoby wybranej przez ich dziecko.
Sytuacja rodziców bywa bardzo trudna, zwłaszcza gdy widzą gołym okiem, że kandydat jest nieodpowiedni, lecz ich przestrogi są radykalnie odrzucane, nieraz z towarzyszącymi temu wybuchami wściekłości i agresji ich rodzonego dziecka. Mimo to mają prawo aż do dnia ślubu przestrzegać, ostrzegać, ukazywać prawdziwe oblicze wybranka serca. Mogą stwarzać sytuacje pomagające przejrzeć ich dziecku, lecz decyzja już nie od nich zależy. Mogą liczyć jedynie na to, że wychowując dziecko, wykształcili w nim możliwość podejmowania mądrych, odpowiedzialnych decyzji życiowych. I to jakoś tak jest, że dzieci podejmują takie decyzje i w taki sposób, jak zostały wychowane i usposobione. Gdy wszystko zawodzi, pozostaje modlitwa, którą zawsze jesteśmy winni naszym dzieciom, bez względu na to, jakie decyzje podejmują.
Młodym warto powtarzać, że rodzice chcą ich dobra, mają większe doświadczenie życiowe i rozsądne jest liczenie się z ich zdaniem. Przynajmniej dopuszczając myśl: „A może coś w tym jest, a może oni rzeczywiście mają trochę racji?". Lecz ostatecznie trzeba przyznać młodym, że to oni sami, a nie ich rodzice muszą podjąć decyzję o zawarciu małżeństwa. Za tę decyzję będą odpowiadać przed sobą, dziećmi i Bogiem.
Podsumowując, muszę stwierdzić, że obawy rodziców z powodu wyboru niewłaściwej osoby na małżonka są w dużej mierze zrozumiałe, a często nawet słuszne. Niestety, są zwykle nieco spóźnione. Bo przecież rodzice powinni troszczyć się, aby w procesie wzrastania swych dzieci wychować je i pomóc dorosnąć w trudzie samowychowania do podejmowania mądrych i odpowiedzialnych decyzji.
