Odrzucenie „bo jest za biedny (biedna)”
Musi to być szczególnie bolesne, bo przecież (zazwyczaj) zupełnie niezawinione. Z drugiej strony sądzę, że osoba odrzucana dlatego, że jest niezamożna, powinna wiać czym prędzej, a w każdym razie przyjąć to jako sygnał ostrzegawczy, bo ostrzeżenie jest rzeczywiście bardzo wyraźne i poważne. Świadczy ogólnie o podejściu do życia. Prawdopodobnie postawą rodziców skażone jest ich dziecko. Z wielkim bólem niejednokrotnie wysłuchuję, jak zwaśnione małżeństwa wypominają sobie, co tam kto komu finansowo zawdzięcza, co jest winien i, o zgrozo, co powinien oddać, spłacić… Charakterystyczne jest to, że o pieniądze spierają się najzamożniejsi małżonkowie. Zaiste, „Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego" (Mt 19, 24).
Odrzucenie, „bo jest ze wsi"
Czasem jest to odrzucenie z pogardą dla niższości „wsiowego". Bardzo to smutna postawa i źle świadczy o rodzicach. Dziś wieś jest bliższa miastu i różnice się zacierają. Osoby wychowane na wsi w tradycyjnym rozumieniu – na gospodarce – mają tę przewagę nad „miastowymi", że są wdrożone do ciężkiej pracy i nie boją się podejmować trudów. Te cechy dobrze rokują na znoszenie przeciwności w życiu małżeńskim.
Odrzucenie, „bo jest z miasta"
Zdarza się to zatroskanym rodzicom ze wsi, prowadzącym gospodarkę, którą w przyszłości mieliby przejąć młodzi. Tu zwykle dominuje uczciwa troska – czy da sobie radę? Boją się, że dziewczyna (czy chłopak) z miasta nie podoła na dłuższą metę trudom życia i gospodarowania na wsi. Tu pragnę odnotować, że znam małżeństwa w powyższym sensie mieszane, gdzie strona z miasta daje sobie znakomicie radę na wsi. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że rzeczywiście dzieje się to dużym kosztem i nie jest łatwe.
Odrzucenie, „bo jest niewykształcony"
Tu mogą być różne sytuacje. Są osoby, które wzrastały w warunkach wykluczających podjęcie nauki np. na poziomie studiów wyższych. Trudno je za to winić. Inaczej przedstawia się sprawa nieukończenia studiów mimo doskonałych warunków do nauki, na przykład z powodu lenistwa, wyboru życia rozrywkowego na koszt rodziców. W tym wypadku niepokój rodziców przed związaniem się ich dziecka z takim osobnikiem podzielałbym w pełni. Z tym jednak, że prawdziwym problemem nie jest wykształcenie, lecz niedojrzała osobowość, rzeczywiście źle rokująca na przyszłe małżeństwo. Myślę, że warte odnotowania jest, iż mężczyzna wyraźnie mniej wykształcony niż żona częściej przeżywa kłopoty z powodu zaniżonego poczucia swojej wartości i swojej pozycji w rodzinie. Oczywiście rzutuje to negatywnie na funkcjonowanie całej rodziny.
Odrzucenie, „bo jest niewierzący"
Jest to problem z pewnością najpoważniejszy i lęk w pełni uzasadniony. Przy okazji – nigdy nie spotkałem się z odrzuceniem nawet przez zadeklarowanych ateistów kandydata na męża czy żonę dlatego, że jest zbyt wierzący. (Swoją drogą – ciekawe!) Problem ten jest dla wierzących rodziców dramatyczny, a przez młodych często bagatelizowany. Spotkałem się np. z sytuacją, że już po poczęciu dziecka, dopiero przy ustalaniu okoliczności ślubu zrozpaczona narzeczona dowiedziała się, że chłopak jest niewierzący i nie ma mowy o żadnym ślubie w kościele. Myślę, że jedyną radą w tym względzie powinno być wskazanie młodym wierzącym rodzicom, by od maleńkości swym dzieciom wpajali, że wiara współmałżonka jest podstawowym wymogiem budowania szczęśliwej rodziny. Nie tylko wpajali, lecz ukazywali swym życiem wagę tej prawdy. Czy to w ogóle jest możliwe? Tak, znam przykłady. Oto jeden z nich: dziewczyna po studiach (w swoim mniemaniu zagrożona już staropanieństwem) poznaje fantastycznego chłopaka. Wykształcony, inteligentny, wesoły, kulturalny, słowem – ideał. Rozkochał ją w sobie do nieprzytomności w czasie wspólnego, grupowego wyjazdu. Robili już wspólne plany! Po dwóch tygodniach oświadczył jawnie i stanowczo, że jest niewierzący. Dziewczyna z płaczem i ogromnym bólem zerwała natychmiast znajomość. Nie zrobiłaby tego, gdyby nie wyniosła z domu jasnego, pewnego przekonania: mąż i ojciec moich dzieci musi być człowiekiem wierzącym! Odpowiedzialność nie pozwala mi zafundować moim dzieciom niewierzącego ojca. Nie chcę jednak upraszczać zbytnio jednostronnym widzeniem sprawy, znam bowiem również przypadek, kiedy kobieta głęboko wierząca wyszła za niewierzącego. Przy okazji I Komunii św. pierwszego ich dziecka odbył się chrzest, I Komunia św. i bierzmowanie tatusia. Nikt z zewnątrz jednak nie wie, ile to kosztowało trudu, pracy, łez zapewne. Przestrzegałbym jednak przed naiwnym zaufaniem powiedzeniu: „Jak się ożeni, to się odmieni". Zbyt często bowiem spotkałem się z tym, że te zmiany rzeczywiście były duże, lecz niestety najczęściej w niepożądanym kierunku. Mówiąc wprost – w kierunku jawnego zła i rosnącego egoizmu.
