Wychowanie religijne wnuków

 

Dziadkowie mogą odegrać ważną rolę w wychowaniu reli­gijnym wnuków. Oni, mający zwykle więcej czasu wolnego niż rodzice, mogą dać dzieciom naprawdę ogromnie dużo. Nie sposób przecenić udziału dziadków w wychowaniu religijnym wnuków. A jednak nie wolno dziadkom zastępować rodziców, a tym samym zwalniać rodziców od wychowania religijnego swych dzieci. I znowu często jest to ciężka próba wobec nie­rzadko naprawdę malejącej gorliwości religijnej młodych mał­żeństw, a nawet wobec całkowitego odejścia od praktyk religijnych. Lecz nawet wówczas pierwszą troską dziadków powinno być nawrócenie swych dzieci – rodziców ich wnu­ków, a nie zastąpienie ich w wychowaniu religijnym własnych dzieci. Wiem, że jest to problem trudny i bolesny. Wydaje się jednak, że wielu dziadków zbyt łatwo godzi się z odejściem od Boga ich dzieci, synowych czy zięciów i wyręcza ich, próbując zastąpić w wychowaniu religijnym dzieci. Może rekompensują sobie to, że im się nie udało dobrze wychować do wiary swoich dzieci, które teraz okazują obojętność religijną? Niestety, jedy­nie próbują ich zastąpić, rodzice bowiem są tu niezastąpieni. Czasami odnoszę wrażenie, że dziadkowie uważają, iż oni le­piej wychowają religijnie wnuki i odbierają ten teren rodzi­com, którzy z powodzeniem mogliby wypełnić swe role… Czasami nie akceptują rodzaju pobożności swoich dzieci, wyda­je się, że tylko ich jest właściwa.

Kolejny przykład: obserwowałem w swoim czasie taki ciąg wydarzeń. Oto babcia przywoziła co niedzielę na mszę św. swego niespełna półrocznego wnuka. Myślałem sobie: „Przyzwyczaja­nie dzieci od maleńkości do niedzielnej mszy św. to ogólnie dobra rzecz". (Oczywiście można dyskutować, od jakiego wie­ku najlepiej zacząć. Zdania są podzielone. Jedni mówią o świa­domym udziale, inni o wczesnym przyzwyczajaniu. Niektórzy podkreślają, że dziecko może przeszkadzać dorosłym w modli­tewnym skupieniu, inni zauważają, że na mszy św. specjalnej dla dzieci dorośli muszą się z tym liczyć. Nie rozstrzygając tego sporu, powróćmy do omawianego przykładu). Zdziwiony byłem tym, że babcia systematycznie, bez względu na pogodę przywo­ziła wnuczka na mszę św. Trochę mi tylko brakowało rodziców dziecka. Może jakieś trudności obiektywne? Po kilku miesią­cach pojawiła się matka dziecka – bardzo młoda kobieta, wy­glądająca na uczennicę liceum. Widać było, że niezbyt dobrze czuła się w kościele. Myślałem sobie: „Dzielna babcia, swoim postępowaniem nie tylko wnuczka, ale i córkę przyprowadziła do kościoła". Trochę mnie niepokoiło, że w kontakcie z chłop­cem dominowała babcia, nie mama. Wnuczek był na rękach czy kolanach u babci, a mama obok. Kilka tygodni później pojawił się w kościele ojciec dziecka. On wjechał wózkiem, obok żona. Pełen sukces – rodzice z dzieckiem w kościele. Ewidentnie stało się to z inicjatywy babci. Najchętniej prze­rwałbym w tym miejscu opowieść, wszak wszyscy lubimy happyendy. A jednak wydarzyło się coś, co jako przestrogę muszę opowiedzieć. Młody ojciec był dość usztywniony, niepewny, gdy znalazł się z dzieckiem na samym przedzie kościoła. Pew­nie dawno tu nie był, a jeżeli już, to pewnie stał pod chórem. Może właśnie dlatego, że sam był napięty, gdy wziął na ręce synka, który właśnie zapłakał, by go uspokoić, dziecko zaczęło przeraźliwie szlochać. Zareagowała matka, próbując je uciszyć, nie zabierając synka z rąk męża. I w tym momencie wkroczyła do akcji babcia. Wyrwała, chciałoby się rzec, brutalnie, dziec­ko z rąk zięcia, karcąc go surowo wzrokiem bazyliszka i po chwili utuliła kochanego wnuka w swych ramionach. Styl, w jakim zareagowała teściowa, był dla mnie porażający. Młody ojciec z trudem i nie do końca udolnie hamował wściekłość. Mnie, jako mimowolnemu świadkowi, było okropnie głupio. Efekt był taki, że nigdy więcej nie ujrzałem w kościele rodzi­ców dziecka. Babcia przychodzi regularnie, dziecko ma już ponad rok, ale rodzice zostali skutecznie spłoszeni.

Podsumowując te krótkie rozważania na temat udziału teściów-dziadków w wychowaniu religijnym ich wnuków, chciał­bym podkreślić raz jeszcze, że włączanie się dziadków w wychowanie religijne może być nieocenionym wsparciem, lecz zastąpienie rodziców dziecka w tym względzie stwarza dramatyczne zagrożenie. Bez przykładu rodziców dzieci, mó­wiąc w skrócie, wzrastają w przekonaniu, że wiara jest dla dzieci i starców. I wówczas głoszone w masowym przekazie poglądy tego właśnie pokroju trafiają w sercu dorastającego dziecka na podatny grunt. Młodzi rodzice często nie zdają sobie sprawy, że dziecko tworzy sobie obraz Boga, obserwując wła­snego ojca. Ojciec niewierzący przeważnie nie przestrzega zasad wiary zawartych w przykazaniach, co zresztą zwykle jest pier­wotne względem jego „świadomej" decyzji odejścia od Boga. Gdy bowiem życie zaczyna wyraźnie odbiegać od przykazań Bożych, człowiek ma dwa wyjścia: albo zmienia życie, podda­jąc się na powrót przykazaniom, co zawsze wymaga osobistego trudu, albo „odwołuje" przykazania, oświadczając, że go nie obowiązują, bo jest niewierzący. To drugie, co prawda, można zrobić bez żadnego wysiłku, lecz naprawdę jest tylko złudze­niem. Nie może bowiem stworzenie odwołać praw wpisanych w jego naturę przez Stwórcę. Może jedynie ogłosić, że Boga i jego praw nie ma, lecz w żadnym stopniu to nie wpłynie na obiektywność istnienia Boga Stwórcy. Rzeczywistości obiek­tywnej nie kreuje się przez głosowanie. Ona po prostu istnieje lub nie, a człowiek może mieć jedynie na jej temat mniej lub bardziej trafne mniemanie.

Jest jeszcze możliwa trzecia postawa ludzi, których życie istotnie mija się z zasadami wiary. Otóż podważają oni misję Kościoła w przekazie wiary i próbują głosić, wbrew oczywiste­mu przekazowi Pisma świętego, że zasady te wymyślił Kościół. Powstaje wówczas dziwoląg: wierzący niepraktykujący. Coś jakby: żyjący nieoddychający. Jest to twór niespójny wewnętrz­nie, chciałoby się rzec – schizofreniczny, powstały z pragnienia zachowania dobrego samopoczucia (mam „swojego" Boga) i życia według własnych przykazań. Słowem – „róbta, co chceta".

Jakakolwiek jest geneza odejścia ojca od Boga i życia „wol­nego" od przykazań, w dziecku tworzy się karykaturalny obraz Boga, który w okresie dojrzewania najprawdopodobniej odrzu­ci. „Jeżeli Bóg jest taki, to ja w niego nie wierzę!". Tragedią jest to, że młody człowiek nie poznawszy, jakim jest Bóg naprawdę, odrzuca go na podstawie fałszywego, karykaturalnego obrazu. Boga prawdziwego poznawszy choć trochę, Boga nieskończo­nej Miłości i Miłosierdzia nikt rozumnie nie odrzuci. Widzimy, jak dalekosiężne dla dziecka, bo sięgające wprost w wiecz­ność, skutki ma brak przykładu postawy wiary u ojca. Spotka­łem się z przypadkiem, gdy sześcioletnie dziecko spytało mamę: „Kiedy ja będę miał wąsy i brodę?". Mama zdziwiona pytaniem zagadnęła: „A dlaczego o to pytasz?". Malec odpowiedział: „Bo wtedy, tak jak tatuś nie będę musiał iść do kościoła i całą niedzielę będę mógł oglądać telewizję".

W każdym człowieku wiara dojrzewa, przechodzi przeobra­żenia. Na początku bazuje na autorytecie ludzkim rodziców (oby), dziadków… W pewnym momencie, by być dojrzała, musi się oprzeć o autorytet samego Boga. Wierzę ze względu na Boga, a nie ze względu na otoczenie. Ta przemiana jest niełatwa, a brak przykładu dojrzałej wiary u własnego ojca dodatkowo ją utrudnia. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że brak przy­kładu ojca nie uniemożliwia jednak osiągnięcia dojrzałej wia­ry u dzieci. Jest to jednak bardzo trudne, prawie graniczy z cu­dem. I o ten cud właśnie powinni gorliwie i wytrwale modlić się dziadkowie dla swych wnuków nie mających przykładu postawy dojrzałej wiaty w swych rodzicach. Można tu przywo­łać przykład św. Moniki, która całymi latami modliła się wy­trwale o nawrócenie swego syna. Latami przez łzy oglądała zachowania syna, które były coraz gorsze i po ludzku nie da­wały żadnej nadziei na nawrócenie. A jednak nie ustawała w wytrwałej modlitwie i wymodliła nie tylko nawrócenie, ale i świętość wielkiego Doktora Kościoła – św. Augustyna.

Myślę, że jest w pełni uprawniony apel do dziadków-teściów, by mniej ochotnie wyręczali w wychowaniu religijnym wnu­ków swoje dzieci – synów, córki, synowe, zięciów, a bardziej gorliwie, wytrwale i ufnie modlili się o nawrócenie ich sa­mych. Pożytek z nawrócenia rodziców dla rodziny byłby nie­oceniony zarówno w kategoriach doczesnych, jak i wiecznych.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.